Podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej Głogowa, radni przegłosowali zmiany w budżecie na 2026 rok, wśród których znalazł się zapis o wyasygnowaniu 290 tys. zł na budowę sygnalizacji wzbudzeniowej na przejściu dla pieszych, o które w Głogowie od lat kruszy się kopie. Jedni chcą jego likwidacji, obwiniając je o korek na wjeździe do miasta, inni zaciekle go bronią, bo gdyby zniknęło - żeby w zgodzie z przepisami przejść przez jezdnię - trzeba by biegać spod zamku do przejścia podziemnego przy skrzyżowaniu z Al. Wolności.
Rozwiązaniem miała być budowa przejścia podziemnego, ale... Nie wyszło. Zamiast tego, mieszkańcy zostali "z ręką w nocniku", bo - przeznaczone przez chwilę do likwidacji przejście zostało pominięte przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad we Wrocławiu podczas realizacji programu poprawy bezpieczeństwa na przejściach dla pieszych. Nie zostało ani doświetlone, ani wyposażone w płyty ostrzegawcze (pola uwagi) dla osób z dysfunkcjami wzroku, które - pokryte wypukłymi guzkami wyczuwalnymi pod stopami i za pomocą laski, informują o zbliżaniu się do jezdni.
Zabezpieczenie środków na postawienie sygnalizacji i zapewne zbliżający się czas realizacji inwestycji są więc w tej sytuacji dobrą informacją, ale przewodniczący Sławomir Majewski już ostrzega "żebyśmy tego nie zepsuli" i dopytuje o sterowanie sygnalizacją, a dokładnie o to, kto będzie miał wpływ na ustawienia czasu oczekiwania pieszych na zapalenie się dla nich zielonego światła i oczekuje, że czas ten będzie maksymalnie wydłużony , nawet do 5 minut, bo... "piesi poczekają".
Radny chciałby, by sygnalizacja wymuszała kumulowanie pieszych oczekujących na przejście przez jezdnię, by zielone dla nich, nie wstrzymywało co chwilę przejazdu samochodów... i pyta "kto o tym decyduje". Czy 5 minut to dużo, czy nie, każdy może sprawdzić patrząc bezczynnie na zegarek. Na marginesie warto dodać, że decydują przede wszystkim przepisy, które zawierają minimalne czasy przejazdu dla samochodów dla różnych kategorii dróg oraz minimalne "opóźnienia" z jakimi zmieniają się światła, a także minimalne czasy liczone w metrach na sekundę dla pokonywania przejść przez pieszych (od 1 do 1,4 m/s) liczone na podstawie szerokości drogi.
Dla dwupasmowych ulic w mieście przepisy ustalają czas zielonego światła dla jadących aut od 45 do 60 sekund, czyli średni czas oczekiwania pieszego na zmianę światła to od niespełna minuty do 1 minuty i 10 sekund. Na drogach krajowych, obwodnicach i trasach wylotowych o dużym natężeniu ruchu czas ten jest wydłużony zazwyczaj dwukrotnie.
Nieco inaczej działają instalacje akomodacyjne, w których pętle indukcyjne w asfalcie lub kamery wykrywają nadjeżdżające auta i na tej podstawie regulują czasy. Tam jednak obowiązuje maksymalny czas przejazdu aut, a finalnie pieszy nie stoi przy krawężniku dłużej niż przy zwykłej sygnalizacji wzbudzeniowej.
Dlaczego? Może dlatego, żeby zbyt długie czekanie nie skłaniało pieszych do przebiegania przez jednię na czerwonym? A nieśmiało przypominając o tym, że pieszy - tak jak i kierowca - jest użytkownikiem dróg, a nie intruzem, zachęcamy radnego do spaceru i sprawdzenia, jak działa sygnalizacja wzbudzeniowa. Każda.
Napisz komentarz
Komentarze